Stowarzyszenie Obrońców Zwierząt

Strona główna

 
 

Gdy zostajemy sami, czyli adopcja psów przez osoby starsze



Gdy zostajemy sami...

Przychodzi często taki czas w naszym życiu, 
gdy dzieci się rozjadą, najbliżsi pożegnają 
ten świat i zostajemy sami. Wtedy tez zwykle 
i zdrowie nie dopisuje i sił już brak, a samotność uwiera jak drzazga.

Pomyślmy wtedy, że gdzieś czeka na nas istota równie spragniona miłości, równie samotna 
i opuszczona, gotowa dać nam swe serce 
i bezgraniczne oddanie. To jest pies. 
I niejeden wie o tym i szuka tego wiernego towarzysza życia. 


Trzeba jednak pomyśleć, jak go szukać i gdzie go znaleźć. Można kupić szczeniaka, bardziej lub mniej rasowego, którego będziemy wychowywać według własnych potrzeb. Ale może to tez być pies dorosły, który czeka na nas w schronisku. Wiec co wybrać, co będzie lepsze dla jednej i dla drugiej strony.
Sama mam już blisko 70 lat, nie mam nikogo bliskiego, natomiast psy mam zawsze, a także doświadczenie z wychowaniem, lub przystosowaniem psiego towarzysza do swoich warunków i możliwości. Gdy miałam te 10 lat mniej były to szczenięta. Miałam wtedy dość sił i energii, by chodzić na długie spacery, bo młody pies potrzebuje do rozwoju dużo ruchu. Miałam zdrowie, by bawić się z coraz większym, a wiec i silniejszym szczenięciem, miałam wreszcie pieniądze na kupowanie coraz nowych bucików, w miejsce pogryzionych, na naprawę mebli, którym psie zęby zrobiły szkody. 
Przynajmniej do dwóch lat młody pies to nieopanowane źródło energii, owszem radości, ale także i kłopotów. Teraz już wiem, że najlepszym wyjściem jest przygarniecie psa z azylu, takiego, który burzliwe lata ma za sobą, także, tak jak i my woli wygodny fotel przed telewizorem, niż uganianie się po parku za szczekającymi kolegami. Nie wymaga tyle starania o ruch, o wychowanie w zgodzie z sąsiadującymi ludźmi i zwierzętami. Lubi odpoczynek i pozwala nam odpocząć, równocześnie jednak okazując większą miłość i przywiązanie, gdyż po trudnym zwykle życiu potrafi docenić serce i staranie w tej drugiej połowie swego życia. 
Mam dwa psy, z tego jeden ze schroniska. Nigdy nie przypuszczałam, że - dorosły przecież pies - potrafi dać tyle miłości. Ten, adoptowany z azylu nie odstępuje na krok, wpatruje się kochającymi oczyma i nie ma z nim żadnego kłopotu. Ten drugi, rok młodszy wymaga więcej uwagi, więcej wysiłku, więcej ruchu. Często mimo zmęczenia , mimo bólu stawów, czy kołatania serca musze z psem iść na spacer. Kiedyś była to przyjemność, teraz tylko obowiązek. Codzienny obowiązek, bez względu na to jak się czuje. O tym biorąc do domu psa trzeba zawsze pamiętać. 

Każdemu, komu już lata ciążą radzę z całego serca i własnego doświadczenia:

Gdzieś, w schronisku dla zwierząt czeka na nas starszy, tęskniący za miłością pies, który nie sprawi kłopotu, nie będzie wymagał tyle ruchu, ani nie będzie gryzł mebli w mieszkaniu, za to obdarzy nas bezgraniczna wdzięcznością i przywiązaniem. Nie pozwólmy mu za długo na nas czekać.

  Janina Banachowska

"Zawsze byłam wielbicielką kotów. Oswajałam dzikie koty z sąsiedniego bloku, w domu odkąd pamiętam był kot lub dwa. Przezwisko "kocia mama" krążyło za mną po osiedlu. Doszło do tego, że okoliczni mali sadyści poznęcawszy się nad kotem przynosili go do mnie "masz to ścierwo", a ja rzewnie plącząc biegłam do domu ratować kolejne podtopione, nadpalone, lub pozbawione ogona stworzenie. Ale Gucia kotem nie była ... Psem była. 

A zaczęło się tak ... 
Żyłam sobie ci ja spokojnie z moją rudą, małą jamnikowatą sunią Fugą, dwiema kocicami: piękną i elegancką Meeną i jej zezowatą córeczką Miśką, gdy pojawiła się jak burza w moim życiu nowa przyjaźń. Znałam Wiolę już od dawna ale nie mogę powiedzieć, żebyśmy się specjalnie kochały, a tu nagle ... No i przez nią zaczął się w moim życiu nowy rozdział zatytułowany: 
schronisko Sopot.

Moja szurnięta na tle piesków przyjaciółka wzięła mnie po prostu za dziób i zaprowadziła tam, gdzie sama była już od paru lat wolontariuszką. O piękne chwile spędzone na strzyżeniu pudlowatych pokrak, kąpaniu kundli i tym podobnych przyjemnościach! Serce ciągnęło do kotów, ale byłam bez szans - może ze dwa razy udało mi się wyrwać do kociarni. Zawsze trzeba było wziąć jakieś nieszczęśliwe, małe, brzydkie psisko na spacerek ...

O Guci nasłuchałam się zanim ją zobaczyłam. Kundelek, malutki, przeraźliwie brzydki i zupełnie głuchy. "No i kto ją weźmie?" pytała retorycznie Wiola. "Nikt."
I tu zagrała moja polska krew - że co, że ja nie wezmę? hi hi. Tak naprawdę przeważył moment, kiedy zobaczyłam to sieroctwo, jak stoi przed drzwiami do pawilonu ze spuszczoną głową i boi się wejść, bo ją współlokatorka śp. Lalka (14 lat) podgryzała, a Guciątko do dzielnych nie należało. Takie paskudne, stare i strasznie biedne gizmo z wielkimi uszami ... głuchymi!

Cóż - decyzję podjęłam, formalności dopełniłam i zabrałam śmierdzielka do domu. Kąpiel zniosła mężnie. Owarknęła moją radośnie witającą się Fugunię, która jako stworzenie dobrze wychowane i wybitnie zsocjalizowane chciała się z nią przywitać. Schowała się potem w kącik - już czyściutka, i siedziała w nim trzy dni. Jedzenie podawałam jej do tegoż kącika. Kocice omijały Gucienkę z dala po tym jak na nie naskoczyła robiąc ciaf! ciaf! ale były wyraźnie zafascynowane. 

Po trzech dniach nowy domownik wylazł z kąta i zaczął rządzić domem. Kocyk na sofce, wyżeranie Fudze z miski (zaskoczony rudzielec odsuwał się patrząc na mnie pytającym wzrokiem), warczenie na koty, które wiały na komodę i stamtąd przyglądały się paskudzie wrednej zwanej przez nas czule Babcia Gucia. Przebojów  było z nią jeszcze wiele - przeszła ropomacicze, operację i  wyzdrowiała (trzynastoletni pies!).  Miała niesamowitą wolę życia. I masę energii. Myślałyśmy z Wiolą, że może słuch też odzyska, ale jednak nie. Pamiętam te  powitania - biegły: Fugunia, Gucia w radosnych podskokach, za nimi dwie kocice miaucząc w glos. Pisk, szczekanie, miauki  - istne szaleństwo.
I te spacerki, na których Gucieńka pilnowała się mnie i Fugi kontrolując wzrokiem (też nie najlepszym), gdzie jesteśmy ... 

Nie ma już Babci Guci. Była staruszeczką, której czas w końcu nadszedł. Jej zdjęcie wisi na honorowym miejscu w naszym domku w Amsterdamie, gdzie się przeprowadziłam dołączając do męża, który niestety Guci nie poznał, i wiem na pewno, że gdy mi warunki znów na to pozwolą, wezmę ze schroniska starego, najbrzydszego pieska bez szans na adopcje, na spokojną końcówkę życia w domu pełnym miłości. Nie zrobię tego, bo tak uwielbiam stare, brzydkie pieski lub jestem jakoś wybitnie litościwa. Zrobię to, bo frajdą jest zobaczyć przemianę smutnego, biednego stworzenia w szczęśliwe, spokojne lub wręcz rozwydrzone i nic nie jest piękniejsze od niesamowitej, cudownej woli życia starego schorowanego nawet psa, którego nikt nie chciał, a który jednak znalazł dom. Będzie więc jeszcze niejedna "Gucia", a koty będą musiały się z tym pogodzić!

Gaja Kowalik

 

 
 
Dlaczego warto adoptować koty ze schroniska?
Dlaczego dorosły kot nadaje się lepiej do adopcji niż mały kociak?